Cud nad Wisłą 2018

W minioną niedzielę, 30.09.2018 brałem udział w jubileuszowym 40. PZU Maratonie Warszawskim. Meta tych wyjątkowych zawodów zlokalizowana była nieopodal brzegu Wisły. I właśnie tam przytrafił mi się cud... Tak, taki prawdziwy.

Ale od początku. Przebiegłem w życiu kilkanaście maratonów. Teoretycznie wiedziałem, na co się piszę; dystans 42 km 195 m zawsze wzbudza respekt. Musi wzbudzać. Ten bieg był dla mnie wyjątkowy także dlatego, że moje przygotowania do niego miały nie tylko charakter sportowy. W ramach akcji #BiegamDobrze[1] zbierałem bowiem fundusze na rzecz jednej z fundacji, a żeby zmotywować potencjalnych darczyńców do wpłat, obiecałem pokonać królewski dystans w zabawnym stroju, dodatkowo odpalając po drodze tuby confetti. Brzmi irracjonalnie, wiem, ale… chodziło o dobry uczynek[2].

Problem w tym, że tak długi wysiłek pochłania sporo energii, a bieg w słońcu w polarowym kombinezonie, dodatkowo co kilka kilometrów przerywany rzucaniem confetti, nie pomaga w jej oszczędnym gospodarowaniu. Do startu podszedłem zatem z dużym dystansem; absolutnie nie zakładając walki o życiowy rekord. Byłem przekonany, że zmuszony jestem do wyboru pomiędzy charytatywnym biegiem w przebraniu a walką o „życiówkę”. W pełni świadomie wybrałem to pierwsze.

Wystartowaliśmy. Zgodnie z obietnicą, po drodze otwierałem tuby confetti. Pozdrawiałem kibiców. Mój kostium wzbudzał sporo radości, szczególnie wśród dzieci; to było miłe. Owszem, było mi gorąco, ale nie martwiłem się tym nadmiernie. Jak każdy mój start, tak i ten powierzyłem Bogu, ofiarując swoje trudy za dusze czyśćcowe, a w kwestii wyniku zdając się w pełni na Jego wolę. Z tą myślą walczyłem dzielnie.

Od około 27. kilometra biegło mi się znacznie ciężej; każde kolejne metry pokonywałem z coraz większym trudem. Było mi bardzo ciepło, zaczęło brakować sił. W głowie zacząłem już usprawiedliwiać swój gorszy wynik, szykowałem przemowę dla rodziny i przyjaciół, w której wyjaśniałem swój kiepski czas. Na 36. kilometrze poczułem, że to koniec marzeń o utrzymaniu planowanego tempa. W końcu tak miało być – to miał być bieg charytatywny, a nie na rekord. Trudno. Już miałem się poddać, kiedy do mojej głowy przyszła myśl (ja wierzę, że był to szept Boga albo Anioła Stróża). Przypomniałem sobie film „Proroctwo”[3] (polecam!) – pada tam teza, że Jan III Sobieski mógł zwyciężyć pod Wiedniem tylko dlatego, że wszystkie zasługi, swoją wiktorię oddał Bogu (Venimus, vidimus, Deus vicit[4]). Pomyślałem, że zrobię to samo. „Panie Boże, nie zależy mi na wyniku za wszelką cenę. Jeśli jednak pozwolisz mi zrobić „życiówkę”, obiecuję oddać Ci ten wynik i publicznie wszystkim powiedzieć, że to Twoja zasługa” – pomodliłem się w duchu. I wtedy zdarzyło się coś niezwykłego. Coś, co nie miało prawa się wydarzyć. W jednej chwili poczułem niesamowity przypływ sił. Dopiero co miałem odpuścić, miałem się poddać. Przed chwilą  ledwo biegłem, a teraz… Nagle nie tylko swobodnie poruszałem się z równą, stałą prędkością, ale przyspieszyłem! I to znacznie. Czułem energię, siłę, radość, świeżość. Ostatni kilometr pokonałem w tempie o 20 sekund szybszym niż pozostałe 41! Niesamowite. Na metę wpadłem, biegnąc co sił, finalnie osiągając wynik o 2 minuty lepszy niż mój osobisty rekord. Mimo zgrzania, machania do kibiców, rzucania confetti.  

Wiem, że dla osób niezwiązanych z bieganiem, ten opis może być nie do końca zrozumiały. Ta opowieść może się też wydawać mało istotna dla osób trzecich – „Po co on pisze o swoim starcie? Kogo to interesuje?”. Ja miałem jednak tego dnia poczucie czegoś nadprzyrodzonego. To nie miało prawa się wydarzyć, ale jednak się zdarzyło. To nie był zwykły przypływ adrenaliny, jestem o tym przekonany. To był mój mały, prywatny cud nad Wisłą.

Piszę o tym wszystkim nie po to, by chwalić się osiągnięciami biegowymi (obiektywnie nie ma czym), ale po to, by zaświadczyć o wielkości Boga (zgodnie z moją obietnicą daną Mu na trasie maratonu). Dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych; przypomniał mi o tym w minioną niedzielę. Dziękuję Mu za to.

A Ty? Oddasz Mu swoje małe i duże sprawy?


[1] https://pzumaratonwarszawski.com/biegamdobrze/#/

[2] więcej o akcji na https://www.facebook.com/razemwdobrymnastroju

[3] https://www.youtube.com/watch?v=2p2WWQkKzso

[4] „Przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężył Bóg”

Inne artykuły autora

Prawda

Kafarnaum

Cud nad Wisłą 2018